http://www.test.rowery650b.eu/images/stories/artykuly/29er_optymalny/logo_duze.png

Rzadko kiedy bywa tak, że opalam edytor i choć przez chwilę zastanawiam się, o czym napisać. Strona tekstu powstaje w 10min. Tym razem nawet nie wiedziałem, jak nazwać cykl wpisów, z którym ruszam, dlatego pierwszy z nich niech będzie jedynie przedsmakiem, naświetleniem tematyki

Mateusz Nabiałczyk

Zawodnikiem nigdy nie byłem, choć w maratony wkręciłem się i to bardzo. Cóż mnie się tak spodobało? A to nie wiecie z autopsji? Jeśli tak, sprawdźcie. Słowa tego nie wyrażą. Nie jest to może porównywalne do obcowania z wszechmogącymi istotami pozaziemskimi, albo równie niesamowitymi, stąpającymi po niej nieco lżej ode mnie, ale w dalszym ciągu coś, za czym bez wątpienia można zatęsknić.

Rok temu już przed sezonem czułem, że forma jest na poziomie przynajmniej 15-20 miejsca open na mega, po cichu nawet liczyłem, że jak trochę schudnę i dobrze się zahaczę na jakimś płaskim Grabku, to i podium w kategorii dowiozę…a gdzie tam. Szybko okazało się, że szczytem marzeń będzie utrzymanie dyspozycji z poprzedniego cyklu, a z czasem zrozumiałem, że i to jest mocno przeszacowanym celem, choć trenowałem nie mniej, a nawet sumienniej, na lepszym sprzęcie i z dodatkowymi (legalnymi!) wspomagajkami typu skarpety kompresyjne.

Co się stało? Po pierwsze sam sobie wmówiłem, że potrzebny mi jest dobry trener. Nie jestem w tej materii alfą, ani inną literą grecką, ale dzięki moim wskazówkom i uwagom jednak dawało radę stawać na pudle na różnych cyklach i dystansach…jakkolwiek nieskromnie by to nie brzmiało. Niemniej stwierdziłem, że to ten etap - sam może z siebie coś wycisnę, ale nie tak szybko, jakbym chciał, a przecież to ostatni rok studiów – relatywnie dużej ilości czasu wolnego.

Pierwsza telefoniczna rozmowa z moim kołczem  na temat tego, co dotychczas robiłem, jakie mam cele i plan, by je osiągnąć, przepełniła mnie optymizmem i zapałem do walki. Trener był w szoku, że tak daremnie spędzam czas na rowerze, błąd na błędzie, pełen chaos. Człowiek wahał się, czy mnie poprowadzić, (nie)szczęśliwie dostąpiłem zaszczytu. W metodyce nastąpiła rzeczywiście mała rewolucja. Duża intensywność, odejście od sztampowej progresji i typowego okresu wyrabiania bazy kilometrowej. Dawałem z siebie wszystko, gdzieś do kwietnia wierzyłem, że pozamiatam. Później przyszło doszczętne zajechanie organizmu i brak jakiejkolwiek dyspozycji, a co dopiero wyników…każdy maraton po 1h stawał się walką o życie.

Ostateczny bilans: stracona niemała kasa, poczucie bycia oszukanym i pozostawionym samemu sobie, przeciążeniowe rozwalenie kości piszczelowej (martwica jej części), którego konsekwencje najprawdopodobniej odczuwać będę do końca życia…obym mógł w miarę często jeździć bez bólu. W międzyczasie wyszły jeszcze poważniejsze dolegliwości zdrowotne…udało się jako tako naprawić.  Skończyłem studia, przyszła dość wyczerpująca praca w wymiarze 1,5 normalnego etatu i ponad  6-ciomiesięczna przerwa od roweru.

Ostatniej niedzieli rozochociło mnie słońce, w głowie zaczęło kołatać „rower, rower,  rower!”. Poszedłem. Euforia na maxa, niestety ustąpiła wraz z pierwszym lekkim, acz długim podjazdem. Tempo symboliczne, tętno 145-150hr, a mnie zaczynają boleć uda. Po płaskim jako tako, myślę „jakoś dam radę te 50-60km”. Po 30min zaczęło mnie boleć na styku z siodełkiem, poczułem się cały wytrzepany od drgań i nierówności…jechałem 29erem na gumach 2,25”, całość asfaltem. Średnia prędkość 23km/h (normalnie w takich warunkach było 29-31). Po 20km oznajmiłem kumplom, że zawijam w stronę domu, bo nie ogarnę. Wróciłem niczym zbity pies, na dupie następnego dnia miałem wręcz siniaki, a nogi uczucia „waty w środku” pozbywały się 5 dni. Załamka? O nie! Może czasów z roku na rok bić już nie będę, ale poziom względnej przyzwoitości utrzymać trzeba!

Owy pozornie nieudany wypad na rower tak naprawdę dał mi bardzo wiele. Poza mobilizacją do działania dostrzegłem również wiele fundamentalnych niedociągnięć i braków, których nabawiło się moje ciało przez tę przydługawą przerwę i mam nadzieję, że stanie się to owocną pożywką dla kolejnych wpisów, w których postaram się zwrócić uwagę na najważniejsze, często pomijane elementy układanki, którą opisują słowa – szybciej, lepiej, bardziej.

Z pewnością wielu/wiele z was boryka się z problemem braku formy o podobnym podłożu w postaci niedobru czasu, sił i obudzenia z ręką w nocniku…chciałoby się napisać lutowego śniegu. Propozycje i wskazówki w związku z tym? Olejcie prywatnych trenerów, szczególnie tych na odległość. To, że ja źle trafiłem, choć była to niezwykle ceniona persona, o niczym nie świadczy, ale widzę, jak trenują znajomi u innych znamienitych i kosmicznej filozofii w tym nie widzę. Śmiem twierdzić, że zdecydowanej większości nawet zakup lekko historycznej „Biblii treningu kolarza górskiego” wyjdzie o niebo lepiej. Jeśli trener to przede wszystkim na miejscu i bez skrajnego podejścia do tematu. Nie musi za to być sportowcem, ani nawet związany z kolarstwem. 

Jak jeździć na początku? Zacząć 2-3x1,5h w tygodniu i powoli zwiększać objętość do granic naszych możliwości czasowych. Jak? Typowa jazda w niskim/średnim tlenie. Żadnej zadyszki, nawet na podjazdach. Skupiać się na technice pedałowania (kręcenie 1 nogą na zmianę co 1min), kadencji (10min kad 100, 10min kad 80) i uzupełnianiu treningiem funkcjonalnym (core stability, pompki, podciągania, basen). Katowanie podjazdów, siłowe cuda zostawcie sobie na potem. Czasu nie nadrobicie, ale sezon jest na tyle długi, że nawet jeśli w grę wchodzą starty, to może nie w kwietniu, ale czerwcu/lipcu będziecie w pełnym gazie i trochę paradoksalnie najlepsze wyniki będziecie robić pod koniec sezonu – większość wyraźnie słabnie po wakacjach, które dla jednych są czasem zapomnienia, dla innych przetrenowania i zmęczenia sezonem.

Czego unikać? Siłownia dla większości to perspektywiczna praca na własną krzywdę – mało kto wykonuje boje poprawnie technicznie, nawet ze stałych bywalców. Lepiej ćwiczyć z ciężarem własnym i obniżać ryzyko kontuzji. Jeśli biegacie to polecam marszobiegi i to nie dlatego, że zakładam, iż nie stać was na 1h truchtu w tempie 10km/h, ale dlatego, że przy brakach techniki i optymalnego obuwia właśnie takie niezbyt forsowne długie wybiegi są najgorsze – mięśnie nie amortyzują, szkielet dostaje. Sprinty/tempówki przeplatane marszem zmęczą bardziej, a oszczędzą stawy, które jeszcze się przydadzą…

Gdyby jakieś z poruszonych (i tych nie) wątków wydały się ciekawe i w waszej ocenie godne rozwinięcia, sygnalizujcie. Czytacie, więc i decydujecie o czym. Jeszcze bardziej zachęcam do dyskusji, bo jak wiadomo, ile osób, tyle zdań.

W następnej części chciałbym omówić podstawowe ćwiczenia, nie tylko te typowo rowerowe, które pozwolą nam zbudować solidne fundamenty na nadchodzący sezon.

 

Tagi trening kolarski, dieta sportowa, forma, sport, kolarstwo, treningi, budowanie formy