logo duze

 


Ostatni miesiąc spędziłem w malowniczej Bawarii. Miejsc do jazdy na rowerze tutaj pod dostatkiem, jednak mój rower został w Polsce. Mając dużo wolnego czasu, postanowiłem nadrobić zaległości w rowerowych sprawach. 

Mateusz Pogorzałek

Przeglądnąłem Facebooka i Instagrama, odwiedziłem największe polskie i zagraniczne strony o tematyce rowerowej,  zapoznałem się z aktualną ofertą producentów, przeczytałem polecane blogi,  traktujące o dwóch kółkach, zobaczyłem wypociny vlogerów. Zrobiłem to wszystko tylko po to, by dowiedzieć się, że od dawna jestem głupi i że dziś jazda na rowerze to coś więcej, niż dotychczas mi się wdawało.

Dziś jazda na rowerze to już nie tylko prosta przyjemność. To filozofia! Grono opiniotwórczych blogerów, vlogerów i publicystów, chcących być Platonem naszych czasów, stworzyło nam cztery szkoły klasycznej filozofii kolarstwa.

Najczęściej można spotkać się z opinią, że kolarstwo rzeźbi nie tylko ciało, ale także umysł i charakter. Każdy podjazd, każda kropla potu ściekająca z czoła, każda kropla krwi sącząca się z rany po ostatnim szlifie to kolejny ślad na drodze do lepszego ja. Pewnie spytacie, skąd tak absurdalny pomysł? Już tłumaczę! Jazda na rowerze to ciągła walka z ułomnościami własnego ciała i umysłu. Walka, której areną jest alpejska szosa o nachyleniu 25% (całkiem miło…). Cierpienie, którego doświadczasz, naciskając zwiotczałymi nogami na, stawiające coraz większy opór, pedały kształtuje charakter prawdziwego rowerowego gladiatora. Proste, prawda? Cóż, trochę kilometrów w swoim rowerowym życiu zrobiłem, przeżyłem eskapadę po Bałkanach, zaliczyłem kilkadziesiąt zabójczych podjazdów, niezliczoną liczbę razy, przy akompaniamencie pukania się w czoło przez pieszych turystów, wnosiłem rower na plecach. I co? No właśnie nic. O cechach mojego trudnego charakteru pisać nie będę bo nie wypada. Ale uwierzcie mi, żadna z tych przygód nie sprawiła, że stałem się lepszy, milszy czy chociażby o drobinę fajniejszy. Jazda po górach ze świadomością, że za każdym kolejnym nudnym i długim podjazdem czeka malowniczy singletrack w ogóle nie sprzyja rozwojowi osobistemu. Stwierdziłbym, że wręcz przeciwnie, człowiek staje się niecierpliwy w oczekiwaniu na kolejną dawkę koktajlu endorfinowo-adrenalinowego. Bo przecież jazda na rowerze to przyjemność i tego się trzymajmy.

Idźmy jednak dalej. Przeczesując Internet, natrafiłem na opinie, że teraz w modzie jest kolarski ascetyzm. Nie, nie musisz zamieniać Twoich nowiutki ciuszków z Raphy na worek po kartoflach (o tym później). Wystarczy, że przewrócisz całe twoje dotychczasowe życie do góry nogami. Zapomnij o awansie na junior-brand-assistant-managera i nowym fotelu na ołpen spejsie, zapomnij o nowym używanym samochodzie, zapomnij o spokojnej starości w bujanym fotelu z kotem na kolanach i gromadką wnuków przed tobą. To nie dla ciebie. Chcąc czerpać garściami z tego, co oferuje rower, musisz odrzucić wszystko, co zbędne w twoim życiu i poświęcić się jedynie kolarskiej pasji. Najlepiej w jakiś malowniczych górach, bo tylko tam będziesz w stanie doświadczyć rowerowej euforii.

Pracujesz? Rzuć robotę, przecież zdążyłeś już zarobić na fajny rower, nic więcej nie potrzebujesz. Masz samochód? Sprzedaj go, kup bilet w jedną stronę w jakieś wysokie góry i tam jeździj, ciesz się widokami i dziką przyrodą. Poza tym po co ci samochód, skoro nie masz już pracy? Masz inne pasje? Zapomnij. Doba trwa 24 godziny, spać trzeba, a 250 km dziennie po górach samo się nie zrobi. Cytując klasyka: „matematykę pozostawiam tobie”. Pewnie zapytasz, a co ze znajomymi, rodziną? Jeśli nie przeszkadzają ci w realizowaniu jedynej słusznej pasji, to spoko. Jeżeli jednak mają jakieś obiekcje, wtedy już gorzej… Pamiętaj, liczysz się tylko ty, rower i pokonywane kilometry. Przy okazji zapomnij o treningu. I tak nic nie wygrasz. A nawet jak wygrasz, to co z tego. Przecież największą nagrodą jest wspaniały widok z jakiejś włoskiej czy francuskiej przełęczy.

Skoro już jesteśmy przy wygrywaniu i trenowaniu, to nie sposób pominąć zawodowych kolarzy, którzy dla dobra ludzkości zdecydowali się startować tylko w regionalnych wyścigach o puchar sołtysa Zimnej Wódki. Niestety wśród znajomych „od roweru” takich zawsze jest najwięcej, przez co są też najbardziej męczący. Chcąc umówić się z takim na wspólną jazdę, najczęściej usłyszysz: „spoko, nie ma problemu, dziś o 14 robię interwały”. Zadowolony, że ktoś chce z tobą pojeździć, przyjeżdżasz na miejsce ustawki (tak nazywają swoje spotkania) i uradowany ruszasz za twoimi kumplami. Po jakiś 5 km zaczynasz wątpić w słuszność swojej decyzji. Po 15 km zaczynasz się zastanawiać, po co oni tak przyśpieszają na podjazdach i dlaczego nie można po prostu jechać w miarę równym tempem. Znudzony po 25 km próbujesz zagadać. Po 26 km zaczynasz szukać w google translate języka kolarskiego z nadzieją, że dowiesz się o co chodzi z tymi blatami, bombami i innymi kopytami. Po 40 km (gdzieś na 6 okrążeniu niedzielnej pętli) pan Mietek spod monopolowego pyta się, czy nie zabłądziłeś. Do domu wracasz załamany. Za tydzień schemat się powtarza, bo na twoje nieszczęście nie masz innych kolegów.

Może się jednak zdarzyć, że należysz do tych szczęściarzy, którzy nie dostąpili zaszczytu nawiązania bliższej więzi koleżeńskiej z tego typu osobnikami. Wówczas przygotowałem dla ciebie krótki poradnik: Jak poznać zawodowego amatora?

Po stylówie. Wypatruj kolorów, które zupełnie do siebie nie pasują. Wesoły komplecik lokalnego klubu sportowego „Torpedo Wilcze Gardło” w barwach dobieranych przez daltonistę z wadą – 8 dioptrii to jego znak rozpoznawczy.

Po garminie. Zabiera go wszędzie. Bez wyjątków! Przecież znajomość tętna jest niezbędna. W każdej sytuacji. Nawet w łóżku (if you know what I mean)

Po sposobie mówienia. Używa słów i zwrotów, których nie rozumiesz. Musisz być jednak ostrożny, bo slang kolarski bardzo łatwo pomylić z węgierskim.

Po profilu na facebooku. Na profilowym obowiązkowo zdjęcie z zawodów, na tablicy udostępnione treningi z endomondo lub stravy. Posty zasadniczo wyglądają mniej więcej tak: „Kto chętny jutro na trening, 250 km, 80% V2O max, trasa ta, co zwykle?” Tak, zawodowcy amatorzy wciąż tłuką te same trasy. Dziwię się, że geodeci nie stwierdzili ubytku wysokości Góry Św. Anny, a na Kubalonce nie wytarł się jeszcze asfalt.

Ostania grupa – gadżeciarze i kolarskie szafiarki. Ulubieńcy sales managerów i księgowych. Karbonowa rama, topowy osprzęt i lanserskie ciuchy to ich znak rozpoznawczy. Mają po 4 pary oczojebnych skarpetek na każdy dzień tygodnia. Przed wyjazdem po bułki jakieś 35 minut spędzają przed szafą, zastanawiając się, czy seledynowa wiatrówka będzie pasowała do amarantowych rękawiczek. Od kilkudniowej wyrypy bieszczadzkimi szlakami z paleniem ognisk i jedzeniem kiełbasek zdecydowanie bardziej cenią lans w centrum miasta i dyskusje o alternatywnych metodach parzenia kawy (oczywiście fair trade). Każdą jazdę zaczynają i kończą zaplanowanym, acz spontanicznym selfie. Często mają śmiesznie zakręcony wąs. W niedzielę widywani na ostrym kole lub szosówce na wysokim stożku, często w okolicach modnej kawiarni. W mojej opinii niegroźni. Jedyny problem to ich ciągłe gadanie o nowym mierniku mocy, lżejszych o 3g łożyskach ceramicznych czy regulowanej sztycy. Umieściłem ich tutaj trochę z zazdrości, bo nie stać mnie na drogie lanserskie ciuchy i karbonowy rower.

Pewnie teraz zapytacie, po co wkładać kij w mrowisko, przecież każdy ma konstytucyjne prawo robić i mówić to, co chce. Zgoda. Zakładam jednak, że każdy ma też poczucie humoru i chociażby minimalną dozę autoironii. Przechodząc do sedna, odkąd zapanowała ogólnonarodowa moda na kolarstwo, coraz bardziej zapominamy, o co w tym wszystkim chodzi i czym w gruncie rzeczy jest jazda na rowerze. Przypomnijmy sobie, jak to było kiedy zaczynaliśmy? Kiedy jako dzieci wychodziliśmy na rower dla przyjemności, a pokonywanie kolejnych kilometrów po lesie było dla nas największą frajdą. Właśnie przyjemność to słowo klucz w tym całym zamieszaniu. Dlatego nie jest ważne, czy wylewasz ostatnie poty na podjeździe pod Mount Ventoux czy właśnie rzuciłeś pracę i jesteś w samolocie lecącym do Calpe, a może robisz kolejną niedzielną pętlę zgodnie z planem treningowym. Ważne, żeby to, co w tej chwili robisz, było dla ciebie przyjemnością. Dlatego jeździj, odkrywaj, trenuj, poznawaj, rozmawiaj. Dla przyjemności. Nie chcesz jeździć? Odpocznij sobie, zjedz hamburgera i zapij colą. Dla przyjemności. Życie jest krótkie. Dlatego jadę kupić sobie nowy damper. Dla przyjemności. Cześć.