http://www.test.rowery650b.eu/images/stories/imprezy/2013/bm%20wroclaw/DSC_2257.JPG

Z inauguracji sezonu wyszły nici, Wrocek przeniesiony na koniec czerwca z powodu pogody...dlatego tym bardziej cieszył fakt, że prognozy pogody mówiły jednym głosem – będzie sucho, ciepło, słonecznie

Mateusz Nabiałczyk

Z takim też nastawieniem spakowałem się na maraton. Nowy, jasny strój, aby dodatkowo się nie przegrzewać, na siebie sandały, oczywiście wszystko na krótko, nawet żadnej bluzy nie wziąłem. Kumplowi jeszcze kazałem zabrać jakiś krem do opalania. Kolejne kilometry na autostradzie, a przed nami jakby coraz ciemniej, chmury typowo deszczowe.

Nim dojechaliśmy do Wrocławia, zaczęło padać. Aaaa przepraszam, lać. Z miejsca odechciało się nam żyć, tym bardziej, że rowery przewoziliśmy w, a nie na aucie. My to tam pół biedy, Bike Maraton w tym roku już nas przyzwyczaił.

Na miejscu meldujemy się ze sporym zapasem czasu, mimo to jest już tłocznie. Ogólnie wszechobecna spina miszczów, ale nie dajemy się wyprowadzić z równowagi. Pełen czill. Kurde, tak wyluzowany przed maratonem jeszcze nigdy nie byłem. Czyżbym po Głuszycy zszedł na ziemię?

Nie no...cele jakieś tam były.  Główny z nich, choć niezbyt wyśrubowany, ale dość istotny – pierwszy sektor. Szybka rozgrzewka, podczas której wielu wielkich kierowców zdecydowanie wyraża swoje opinie na temat poruszania się rowerów po asfalcie. Emocje są tak duże, że trafiają się stłuczki, a na własne oczy widzę, jak 2x o mało auta nie zderzają się czołowo, szczęśliwie kończy się na pisku opon i dalszych epitetach.

Podjeżdzam do 3. sektora, nawet wchodzę do środka, gdzie spotykam Damiana...też mu rowerowe życie kłody w tym roku pod koła rzuca. Pytam, czy drapiemy od początku, choć cel na dziś to równe tempo wyraźnie pod progiem, ale od początku do końca. Reakcji w zasadzie brak, może to i lepiej.

Nim mijamy bramke z pomiarem czasu, wypadek. OMG! Koleś leży jak długi, nawet nie mam pomysłu, co mógł zrobić. Całkiem zgrabnie przebijam się do przodu, ale równolegle liczę kolejne sekundy, które tracę z powodu spowalniającego tłumu. Co chwilę zerkam na licznik i pilnuję chorobliwie kadencji i pulsu, gdyż misja na dziś to kad 95-105 i tętno ok 160-165hr przez cały maraton...niestety, ale tegoroczne przygotowanie mojej osoby to jakaś kpina. Niby czasu poświęciłem dostatecznie dużo, aby powoli się rozwijać, ale...uwierzyłem, że potrzebny mi jest trener. Niestety wbrew obiegowym opiniom straciłem wszystko, zyskałem przykre doświadczenie, przed czym przestrzegam – lepiej uczyć się samego siebie, a innych, niby mądrzejszych, jedynie słuchać ‘do rozważenia’.

DSC 2257

(fot: Lesław Kula)

Dobra, koniec gorzkich żalów. Lecą kolejne kilometry, nawet cienia kryzysu po 30min. Mały sukces już mamy. Regularnie przesuwam się do przodu, zapas pod nogą wystarczający na tyle, że raczej nikomu nie odpuszczam. Cały czas pełna kontrola. Mimo błota, które średnio dogaduje się z oponami nastawionymi na suche polne drogi jestem pełen optymizmu, który przekłada się na coraz śmielsze poczynania.

P6221979

(fot: Tomasz Przybyłek)

 IGP3359W rezultacie doganiam na krótkich zjazdach, dohamowaniach i wszelkich możliwych wytracaczach prędkości. Na charakterystycznym zakręcie w prawo, którego środkowa część wyłożona była grubym tłuczniem dość mocno ścinam i nagle padam, jak zatrzelony. Podnoszę się błyskawicznie, nawet nie oglądam siebie i roweru, po prostu jadę i po chwili odzyskuję miejsce w szeregu. Z czasem kolano i łokieć zaczynają charakterystycznie pulsować, czuję tępy ból.

Niemniej w pełni do zniesienia. Jadę już w docelowej grupce całkiem przyjaznych bikerów. Regularne zmiany pozwalają utrzymać tempo. Na zjazdach i technicznych fragmentach z jednej strony ciągle korci mnie, aby się zerwać, z drugiej co rusz robię takie akcje, że włos się na głowie jeży. Na fajnym (jak na tę lokalizację) zjeździe mijam w końcu kolesia i nagle moim oczom ukazuje się uskok. W ostatniej chwili podrywam przód. Ufff, udało się. Pokracznie ląduję i myślę, że juz po wszystkim, a tu co? Kolejny uskok, z którego tym razem lecę centralnie na przednie, lekko skręcone koło. Sam się dziwię, że nie padłem po raz drugi.

Zdarzenie studzi moje zapędy. Postanawiam już nie kombinować, wszak priorytetem jest 1. sektor i budowanie formy od 0...na ściganie przyjdzie czas, może jeszcze w tym roku. Na ostatnich metrach spokojnie odskakuję grupce, z którą jechałem, kolejny mały sukces...już po wszystkim. Mega, 70/583 open. Dupy nie urwałem, bo podobny wynik był rok temu na początku sezonu, gdy musiałem 5x pompować tylnego laczka. To najlepiej pokazuje, w którym jestem miejscu. Cieszy przynajmniej fakt, że wszyscy, którzy przyjechali przede mną na pierwszym międzyczasie byli przynajmniej jakieś 30 pozycji wyżej...poza 2 panami, którzy ewidentnie skrócili trasę...ciekawe , ile łącznie było takich śmieci.

Mimo wszystko humor w dalszym ciągu dopisuje, szczerze mówiąc nigdy nie byłem tak zadowolony ze startu jako takiego. Dalej pełen luzik, nawet nie zmęczony. Mondraker spisał się znakomicie, chociaż 2x zaciągnął łańcuch...trzeba się będzie temu przyjrzeć.

(fot: Wallace)

Jakieś uwagi organizacyjne? Aż miło patrzeć, jak BM idzie ku lepszemu. Jedyne życzenie, kierunek doskonalenia, jaki przychodzi mi teraz do głowy, to zwiększenie ilości stanowisk w biurze zawodów – z pewnością każdy by się ucieszył.

DSC 0193

(fot: Robin Dak)

A już za tydzień Myślenice, czyli kolejny trening kondycyjny, tym razem interwałowy.

 

Tagi Relacja BM Wrocław 2013, maratony MTB, Sport