×

Wiadomość

Failed loading XML...

DSC04817

 

Chyba wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na ten, pierwszy w sezonie start. Postanowiliśmy, że będzie to wyścig BikeMaraton we Wrocławiu. Co prawda, cześć z nas czekała dość daleka podróż, ale perspektywa zupełnie innych okolic niż te już poznane w licznych maratonach Mazovii, była kusząca.

Piotr Makowski

Start maratonu został wyznaczony na obrzeżach miasta, na terenie osiedla Malowniczego przy ulicy Marszowickiej. Trasa w sam raz na początek sezonu - łatwa technicznie i nie zbyt wymagająca wydolnościowo. W większości poprowadzona szerokimi leśnymi duktami. Udział asfaltu na dystansach nie przekraczał 5 procent.  Na początku, około 9 kilometra, trasy reklamowana była sekcja XC. Prawdę powiedziawszy, trudno ją jednak było zauważyć… Ilości piachu i błota, jak się później okazało, w pełni akceptowalne. Trasy, jak zwykle, wytyczone zostały dla trzech dystansów. Haro (mini) liczył 28 kilometrów i miał 198 metrów przewyższeń. Dystans Mega, odpowiednio - 57 kilometrów i 339 metrów, zaś Giga 83 i 447. Na każdej przewidziane zostały bufety (jeden, trzy i pięć). W każdym z nich można było się posilić pysznymi ciasteczkami oraz ugasić pragnienie wodą lub izotonikiem.  Na mecie na zmęczonych uczestników czekały owoce, makaron oraz napoje. Organizacja maratonu okazała się naprawdę dobra, chociaż start sektorowy odbył się z niewielkim opóźnieniem, wynikającym z rekordowej ilości zawodników. Właściwie trudno byłoby się do czegoś przyczepić. No może tylko jedno - przed startem powinno być o kilka stopni cieplej… DSC04830

Dla mnie maraton we Wrocławiu miał szczególne znaczenie. Był to mój debiut w barwach Team29er i w cyklu BikeMaraton. Do miasta, razem z Michałem, przyjechaliśmy dzień wcześniej i zatrzymaliśmy się w motelu oddalonym od Miasteczka Rowerowego o około 6 kilometrów. W sam raz do przejechania w ramach rozgrzewki. Z resztą drużyny umówieni byliśmy na godzinę dziewiątą rano. Start maratonu zaplanowano na jedenastą. Stawili się prawie wszyscy. Zabrakło wśród nas Tadeusza, który pełen ufności w PKP postanowił dojechać „na styk”.  Jak się łatwo domyśleć – nie dojechał i spędził niedzielne południe wprawdzie na rowerze, ale w Poznaniu.  Pecha miał też Nabiał, który przyjechał dopiero około dziesiątej i później gonił stracony czas. W czasie rozgrzewki rozsypał mu się zacisk podsiodłowy. Na szczęście czujny Wapid szybko zlokalizował miejsce, gdzie można było zdobyć nowy. Pozwoliło to Nabiałowi być gotowym do startu już na dziesięć minut przed godziną jedenastą.

DSCF4292Startowaliśmy na następujących dystansach:

  • Wapid i Michał – dystans Haro,
  • Nabiał, Bartek i Piotr – dystans Mega.

Wszyscy pełni wiary w siebie byliśmy gotowi do rozpoczęcia szlachetnej sportowej rywalizacji. Zanim się jednak zaczęła spiker potwierdził nieoficjalny rekord Polski frekwencji na maratonie rowerowym – 1900 osób!!!. Rzeczywiście, morze kolorowych kasków wydawało się sięgać po horyzont. Dokładnie o godzinie 11: 15 ruszył pierwszy sektor, a kolejne, co 2 minuty. Pozwoliło to rozciągnąć peleton i uniknąć zatorów na trasie. Ruszyliśmy bardzo mocno. Michałowi nawet przez długi czas udało się prowadzić sektor. Nabiał nie miał tego szczęścia. Dzięki przygodzie podczas rozgrzewki, do swojej strefy startowej wchodził z boku i już na dzień dobry „uzyskał” sporą stratę do czuba. Ja, będąc dosyć spokojnym o formę, wystartowałem uważnie pilnując tętna. Szczęśliwie pozwoliło to utrzymać się na początku 3 sektora, tylko bardzo nieliczni zawodnicy mnie wyprzedzali.

Równie miłe odczucia stały się udziałem Michała, który po bardzo dobrym starcie i wciąż na czele swojego sektora wkrótce dogonił końcówkę wcześniejszego (mojego J). Wówczas niestety zaczęły się drobne problemy, gdyż wolno jadące tyły „trójki” spowalniały szybkich ścigantów i wymuszały uważne wyprzedzanie. W takim tłumie i na tak szybkiej trasie o wypadek nie było trudno, czego dowodem stało się kilka kraks. Kilkunastoletnie już maratońskie doświadczenie Michała bardzo się jednak przydało, nie wspominając o ewidentnych zaletach wielkiego koła. Oba czynniki razem wzięte pozwoliły mu przemykać obok osób „walczących o życie” na wertepach i nielicznych błotnych koleinach, nawet na chwilę nie odpuszczał. Już pod koniec obawiał się wprawdzie, że nieco przecenił formę i może tego entuzjazmu nie dowieźć aż do mety. Niepotrzebnie… Dokładnie po 1 godzinie i 18 minutach wpadł na kartoflisko przed metą, gdzie tradycyjnie poszedł „w trupa”, byle tylko nie dać się wyprzedzić goniącym i być może utrzeć nosa tym tuż przed końcową linią. Udało się! Wynik satysfakcjonujący. Kolega Wapid również był zadowolony ze swojego rezultatu – 11 miejsce w kategorii M6!DSC04817

Zgoła inaczej wyścig wyglądał oczami marudy Nabiała. Już od początku wyścigu tracił nerwy wsłuchując się w ocierający przedni hamulec. Wkrótce też, na większych wybojach, zorientował się, że siodełko ustawił zbyt wysoko i każda nierówność skutecznie wybijała go z rytmu. To jednak nie był koniec pecha. Od około 20 kilometra pulsometr zaczął pokazywać cuda, co bardzo utrudniało monitorowanie intensywności wysiłku. I pewnie właśnie z tego powodu (oraz dzięki niezbyt szczęśliwe dobranemu izotonikowi) już po 40 km wyraźnie stracił moc, a inni zawodnicy zaczęli go wyprzedzać. Na metę wjechał w towarzystwie niezwykle budującego dopingu Michała, który z serca krzyczał „ku%$#, może zejdź z niego i wprowadź na metę!”

Wspomniane wcześniej okolice dwudziestego kilometra okazały się pechowe również dla mnie. Na 26 kilometrze złapałem gumę. Szlak mnie trafił. Wiedziałem, co to dla mnie znaczy. A mówił Michał – trenuj wymianę dętek. Mam nadzieję, że do zawodników mijających mnie w pędzie nie docierały te ciężkie przekleństwa, które rzucałem pod nosem. Siódmy sektor z pewnością jednak już coś słyszał… Strata – według Garmina – jakieś 20 minut. Wstyd, wstyd, wstyd… Wsiadłem jednak na rower i pognałem. Przecież zawsze walczę do końca. Pędziłem. Tak gdzieś do 36 kilometra… Szybki łuk. Nieco mnie wyniosło. Ale co tam… Trawa. Trochę wysoka. Przejadę. Niestety, dziury (w sam raz na wymiar koła) nie zauważyłem… Rower się zatrzymał. Ja poleciałem dalej. Lądowanie miękkie - w piasku. Jest ok. Zrywam się. Wsiadam na rower i jadę. Jakieś dwa i pół metra… Koło scentrowane. Opona spada. Kolejne pięć minut w plecy.

W końcu ruszyłem. Początkowo ostrożnie. Później, co raz to szybciej i już bez przygód dotarłem do mety. Wynik? Nabiał mi odjechał, straciłem trzeci sektor. W maju się odkuję!