pom500 001

Pomorska 500 jest imprezą, która w tej relacji po wielokroć osiąga przymiotnik pierwsza. Ta pierwsza edycja tej imprezy, okazała się być pierwszym ultra-maratonem w tym pandemicznym sezonie 2020, i co najbardziej osobiste dla piszącego poniższe wersy – to pierwsze ultra w moim długim rowerowym pożyciu ;)

Artur Drzymkowski

Organizatorzy Pomorskiej 500 to Leszek i Olek Pachulscy, ci samy którzy odpowiadają za Wisłę 1200 i Carpatię Divide. Trasa wyścigu została wytyczona linią działu wodnego, oddzielającego rzeki wpływające bezpośrednio do Bałtyku, od tych, które są dopływami Wisły i Odry. Warunkiem pomyślnego ukończenia, jest przejechanie trasy po śladzie w limicie 80 godzin.

Większość doświadczonych uczestników (szczególnie mocnych Wiślaków) spodziewała się luźnej (bo tylko 3,6 tys. m przewyższenia) i szybkiej (bo tylko 500 km) wycieczki. A wyszło inaczej, ale nie uprzedzajmy faktów ;) Ja, jako debiutant, spodziewałem się, że dostanę po dupie i to mogę zdradzić już teraz, sprawdziło się w 100% ;D

Na start!

Do Czarnocina dojechałem w środę, na rowerze z Goleniowa, do którego 10 godzin wiózł mnie pociąg. Ta rozgrzewkowa jazda, prowadząca kawałkiem trasy Pomorskiej, dobrze zrobiła mojej zestresowanej głowie. We Frajdzie i w biurze zawodów wszystko poszło sprawnie, więc po rozbiciu obozowiska spokojnie mogłem przyjąć makaron ze szpinakiem. Morale powoli rosło. Zwykle moja pierwsza noc w hamaku, to bardziej czujny letarg niż regenerujący sen. Jednak tym razem, zmęczenie i stres ostatnich dni, sprawiły, że gdy około 4: 30 Leszek Pachulski zaczął zagrzewać do startu pierwszych zawodników, czułem się wyspany i względnie wypoczęty. Chyba dobrze, że rozbiłem się trochę dalej od innych - zdaje się, że chrapałem, a chrapanie jest jedną z tych rzeczy, którą umiem robić naprawdę głośno i intensywnie.

pom500-002

Obóz rozbity. Tarp będzie grał swoją premierę.

Zwijanie leża, poranna higiena i śniadanie upływają na obserwowaniu kolejnych piątek wyprawianych w kierunku Gdańska. Wieści z trasy, donoszą o intensywnych opadach na 120 km. Cóż, suchą stopą do Morza Bałtyckiego, raczej nikt nie dotrze.

Na Gdańsk czyli dzień pierwszy

W końcu wybija i moja godzina – 8:25. Ruszamy żwawo asfaltem do Stepnicy. Miało być z wiatrem i przeważnie jest. Potem z asfaltu skręcamy w las, na odcinek poznany przeze wczoraj. Wczoraj był piach i dziś też jest. Ale przejazdy przez kolejne piaskownice wychodzą jakoś sprawniej. W którymś momencie, spotykamy na trasie zawodników, którzy dopiero jadą na start. Dla mnie to by było strasznie deprymujące, widzieć kogoś już na trasie, samemu będąc jeszcze 12 km przed linią startu. Ale przecież ultra wygrywa się głową, więc co ja nowicjusz wiem ….

Na kolejnym piaszczystym odcinku, dochodzę ekipę z Rzeszowa. Z kolegą Przemkiem z Grawelowy.pl, ucinamy sobie pogawędkę, oczywiście o gravelach. A w szczególności o customowych ramach od Karamba Frameworks, które jak zgodnieśmy ustalili, są przepięknej urody. I w związku z tym, obaj mamy mniej lub bardziej zaawansowany plan by takiej ramy stać się właścicielem – na dobre i złe. I tak pytlując i przelatując asfaltami do kolejnych odcinków dróg leśnych i polnych, docieramy do pierwszego pit-stopu na 65 km na stacji Orlen. Większość uczestników Pomorskiej 500 decyduje się na popas w tym miejscu, więc nic dziwnego, że hot-dogi wychodzą jak papier toaletowy ze sklepów na początku pandemii. Ciekawe czy obsługa stacji by nie zrejterowała pod naporem naszej nawałnicy, gdyby jeden z przewidujących zawodników ich nie uprzedził kilka dni przed startem. Dzięki Krzysiek Lipczyński ! Po szprotach w pomidorach z krakersami, zagryzionymi żelkami i zalanymi kawą, ruszam dalej. Po 2 kilometrach dochodzi mnie trzyosobowy pociąg, w którym jedzie Agata finalnie zamykająca podium w kategorii kobiet. Prędkość jest jednak zbyt wysoka, więc utrzymuje się w grupce tylko przez kilka kilometrów. Odpuszczam na kolejnym podjeździe i wracam do swojego tempa.

pom500-008-lanczos3

Na północy jeszcze się rzepak dumnie żółci ;)

Trasa prowadzi przez naprawdę piękne widokowo miejsca. Przyroda kipi kolorami i zapachami. Pogoda, jak dla mnie idealna. Jest ciepło, mały wiatr. Czasami przelatuje jakiś deszcz, lub raczej mżawka. Chyba gdzieś w tej części dnia i trasy, mija mnie pomarańczowo-czarny pociąg CCC, ze zwycięzcą wyścigu Radkiem Gołębiewskim. Cała trójka wyglądała na świetnie bawiących się …

Trasa prowadzi mnie przez piękne rezerwaty Głowacz i Źródliskowe Błota, gdzie muszę na dłużyźnie leżącej przy drodze zalec na chwilę. Muszę, gdyż organizm dawno zapomniał o kawie oraz szprotkach i intensywnie zaczął domagać się nowego paliwa. Kilka kilometrów dalej, znowu robię krótki postój, ponieważ znajomi Leszka Pachulskiego z Ostoi Szamana, częstowali nas kawą, herbatą i wodą. Tutaj, mija mnie Zbyszek Mossoczy, który jak się później dowiedziałem, po złapaniu trzech gum, osiągnął trzeci czas wyścigu. Kolejne kilometry w pierwszej wersji trasy miały nas poprowadzić przez drogi poligonu drawskiego. A ponieważ nasz start zbiegł się z manewrami wojsk NATO, te atrakcje musimy sobie odpuścić i tylko w jednym miejscu przecinamy skrzyżowanie z drogą dla czołgów.

pom500-003

W końcu docieram do Drawska. Widziana z trasy knajpa w ogródkiem, jest wypełniona Naszymi i obstawiona rowerami. Na jedzenie trzeba czekać ponad pół godziny, więc uderzam do pobliskiej Żabki. Nabywam „coś na szybko” i „coś na kolacje”, gdyż przez następne 100 km, przy trasie możemy nie trafić na żaden sklep.

Kolejne kilometry, to znowu głównie drogi polne i leśne. Trafia się trochę błota, które jest dopiero preludiom do tego co nas czeka. Mijam fioletowe pole i stado wielkorogiego bydła. W okolicy 200 kilometra zaczynam się rozglądać za miejscem na biwak. Natenczas byłem wymagający i szukałem urokliwego brzegu jeziora, z piaszczystym wejściem do wody, ponieważ nie wyobrażałem sobie regenerującego snu bez zmycia potu dnia całego. Zamiast wymarzonego miejsca, spotykam zawodnika, który zdradza, że pokonywał tą trasę dwa tygodnie temu. I że było zimno i sucho, zero błota, więc jazda wyglądała zupełnie inaczej. I tak nas pogrążonych w dyskursie, pchających rowery pod dość stromy podjazd, minął kolejny pretendent do zwycięstwa w wyścigu – uśmiechnięty Krystian Jakubek.

pom500-002

Fot. MambaOnBike - dokładnie to anioł stróż Doroty - Artur.

Zaczyna się mżawka i zaczyna się ściemniać. Światło lampy zamocowanej na kasku, jest rozpraszane przez kropelki wody wiszące w powietrzu. Trasa prowadzi przez lasy i pola. Jest męcząco, ale ładnie ;)

pom500-006

Rozlewiska na drodze. Podobno kilka dni przed naszymi zmaganiami, okrutnie tu lało.

W końcu trafiam na chyba najbardziej błotnisty kawałek Pomorskiej 500. Koleiny z wodą i błotem po osie, robią z napędu masakrę. Już dawno porzucam marzenie o brzegu jeziora na biwak, wystarczy mi kawałek lasu.

pom500-005

Wypatrzyłem to jeziorko z drogi. Zszedłem w dół - pięknie ale bałem się że nie będę miał czego zaoferować wiedźminowi, gdy mnie uratuje przed utopcami lub ghulem...

Więc brnę w błocie i ciemnościach, do momentu, gdy Wahoo gaśnie. O tym, że kończy mu się bateria, informuje w sposób tak nienachalny, że już kilka razy w historii naszej koegzystencji robi mi taką sytuację. Ale żeby w nocy, gdzieś po kostki w błocie w środku północno-zachodniej Polski to pierwszy raz. Nic to. Szczęśliwie przy samej trasie znajduje się kilka drzew, spośród których dwa nadają się do rozwieszenia hamaka i tarpa. W świetle czołówki, rozbijam się dość sprawnie, nie mocząc śpiwora, strącanymi z drzew kroplami wody. W związku z brakiem jeziora, za minimum higieny odpowiedzieć mają wilgotne chusteczki. Rano miało się okazać jak perfekcyjnie i równo rozmazałem całe błoto z piszczeli na łyki i kolana. Zakopany w śpiworze, zasypiam przy koncercie chóru żab, przerywanym przez kolejnych zawodników ślizgających się w błocie, nawołujących przy tym nadaremno pań lekkich obyczajów. ;)

pom500-007

Moje szerokie opony (Vredestein SpottedCat) ślizgały się na tym podjeździe jak ... szalone ...

Dzień kończę na 220 kilometrze i 1602 metrach przewyższeń, które osiągam po prawie 15 godzinach (12:17 czystej jazdy) od startu.

Dzień drugi czyli wyjście z błota

Poranek jest szary, mglisty i wilgotny. Ale po sześciu godzinach regenerującego snu, o 5: 46 pełen pozytywnego nastawienia ruszam na trasę. Błoto w świetle dnia, wygląda lepiej, choć łatwiej się nie jedzie.

103-bspline

Przeniesienie 24 kg roweru z ekwipunkiem, moment kiedy inne partie mięśni można ruszyć ...

Na szczęście ten kawałek drogi się kończy i wyjeżdżam na asfalt. W najbliższej wsi Czarne Wielkie, pod otwartym sklepem, spotykam kilku zawodników, którzy jak się okazało, kilka nocnych godzin, spędzili na okolicznych przystankach w foliach NRC. Wszyscy z utęsknieniem czekali na słońce i ciepło.

104-bicubic

Malowniczy przejazd pod wiaduktem, pozostałością starej linii kolejowej

Po uzupełnieniu zapasów wody i jedzenia, ruszamy całą grupką w dalszą drogę. Jedziemy razem do śniadania pod sklepem w miejscowości Parsecko, gdzie niezwykle uprzejma Pani, robi kawę, idealnie komponującą się ze … szprotami w pomidorach i wielgachną drożdżówką.

104-bicubic

Mogę ruszać dalej. Słońce wychodzi zza chmur. Robi się malowniczo. Krajobraz faluje polodowcowymi wzgórzami. Trasa prowadzi czasami drogami, o których chyba nawet miejscowi zapomnieli. Przyszło mi do głowy, że w takich okolicznościach maczeta, przydałaby mi się bardziej niż szwajcarski scyzoryk (którego nota bene nawet nie wyjąłem z torby). Na pewnej oświetlonej słońcem łące, mijam Dorotę (mambaonbike.pl), która zastanawiała się czy nie zrobić sobie przedobiedniej drzemki, w tak przyjemnych okolicznościach przyrody.
Ja jadę dalej. Godzinę pod drugim śniadaniu, trafiam w burzę. Jest ciepło, więc decyduję się na jazdę w deszczu, który przyjemnie chłodzi. Przyjemność maleje, gdy z asfaltu zjeżdżam w las, na drogę w trakcie remontu. Piasek brutalnie chrzęści w napędzie i tarczach hamulcowych. Ale po deszczu znowu jest przepięknie. Słonecznie i letnio.

07593-triangle

Fot. MambaonBike - kolejne zdjęcie od Artura. Piękne słońce, przyroda, krajobraz i rower - czego chcieć więcej ...

W rezerwacie Jeziora Lobeliowe, z jednym z zawodników błądzimy w poszukiwaniu ścieżki pasującej do tracka. Znaleziona ścieżka prowadzi przez błoto i wiatrołomy. W końcu udaje się wydostać na bitumiczne nawierzchnie, które na dodatek szczęśliwie prowadzą raczej w dół i z wiatrem. I w tak przyjemnych okolicznościach docieram pod obiadowy sklep w miejscowości Piaszczyna. Zbiera się tu nas większa grupka. Między innymi dociera tu Marcin Surowiec (bushcraftowy.pl) z kolegą Maćkiem. Na jego kanale, można obejrzeć świetną relację pod znamiennym tytułem "Pomorska 500 - Piekło Północy". W trakcie obiadu, jeden z kolegów otrzymuje z mety obietnicę, że od teraz, to tylko asfalty i szutry. Niby wszyscy chcieliby wierzyć, ale przychodzi nam to z trudnością ;)

pom500 106-bicubicSzutry się wiją

Po przerwie obiadowej, faktycznie zaczynają się szutry. Czasami wręcz szutrostrady. W okolicach 358 kilometra mijam jezioro Wiejskie – idealne na nocleg. Ale przede mną jeszcze sporo zaplanowanej jazdy. Po okolicy krąży burza. Udaje się ją ominąć, ale dalej łapie mnie „ciepły letni deszcz”, że tak zaczerpnę z bogactwa haseł reklamowych.

pom500 102 bellPanorama po burzy ...

Okolice 370 kilometra – organizatorzy zaplanowali nam atrakcję turystyczną – wierzę widokową na Górze Siemierzyckiej. Atrakcyjność miejsca psuje trochę stromy podjazd, ale podnosi zjazd ;)
Kilometr 395 trasy. Przejeżdżamy przez teren, gdzie w 2017 nawałnica powaliła wiele hektarów lasu. Sceneria apokaliptyczna. Miejscami widać już nowe nasadzenia, więc jest w tym wszystkim odrobina pozytywnego akcentu.

pom500 201 bell
Słońce zachodzi, bolące ścięgno Achillesa i ogień w okolicach tyłka, skutecznie studzą ewentualne ambicje jazdy ciągiem do mety. Tym razem, nauczony doświadczeniem, doładowałem Wahoo podczas obiadu, więc to nie on będzie dziś decydował gdzie dzień ten zakończę. Tym razem trafiam z miejscem noclegowym idealnie. Jest suchy las, jezioro i piaszczysty brzeg. Co prawda nazwa miejsca mogłaby mnie zniechęcić, alem jej w całym swym zmęczeniu, na mapie w telefonie nie odczytał (Cmentarzysko w Wiesiorach) . 

1620px-Wesiory3fot. Wikipedia - kamienne kręgi okrzyknięto polskim Stonehenge. Niestety nie miałem czasu pozwiedzać. Może następnym razem ;)

Przepłukałem się w jeziorze, odkaziłem newralgiczne miejsca (był ogień!) i wpełzłem do odrobinę wilgotnego śpiwora.
Licznik pokazuje że przejechałem 190 km z przewyższeniami 1804 m w ciągu 15:38 godzin (netto 12:36).

Dzień 3 – ostatni

Pospałem sobie. Na mecie, będę to sobie z tego powodu robił wyrzuty. Mogłem wstać 1,5 godziny wcześniej. Czułbym się identycznie, a uzyskałbym lepszy czas. Ale jak to mówi mój dobry Kolega Misiek: „widocznie organizm się tego domagał, więc nie ma co roztrząsać …” ;)

pom500-202-lanczos3Falujący krajobraz pachnący zbożem - taki bym tu dał tytuł :)

Podczas pakowania, podjadam chrupki i bakalie, więc na śniadanie właściwe trafiam dopiero do sklepu na 440 kilometrze. Spotkani tam koledzy, sprzedają mi pewne info, że na mecie czeka piwo i pierogi ruskie. Zachęta jest to sroga!
Po porannym słońcu pozostaje wspomnienie. Wjeżdżam w strefę mgieł. Na szczytach wzgórz, wilgoć osiada na okularach. Na szosach w okolicach Kartuz, zaczynam mijać trenujących szosowców. Zaczynam mozolnie odliczać brakujące kilometry. Najbardziej dokucza tyłek, ale pewnie reszta ciała też już ma powoli dosyć …

pom500-203-bicubicPo porannym słońcu zostało wspomnienie. Ale i tak jest ładnie ...

Ostatni odcinek ze zjazdem, prowadzącym przez Lasy Oliwskie, wynagradza męki ostatnich kilkudziesięciu kilometrów. Jeszcze tylko przejazd przez miasto, potem przecinam deptak i wbijam niepewnie na plażę. Jest 14:06 - META! Gratulacje i uścisk ręki Leszka, medal, piwo i pierogi. W międzyczasie: kupuję bilet na pociąg, macham do rodziny przez kamerkę internetową pokazującą plażę w Brzeźnie i moczę stopy w Bałtyku. Planowałem moczenie całości, ale aura i woda jakieś niezachęcające były.

pom500-203-bicubicZaślubiny z morzem ;)

O 16: 25 melduję się na peronie na dworcu Gdańsk Wrzeszcz, ze spakowanym do wora rowerem i kebabem na wynos. Droga powrotna mija mi szybko na odpisywaniu na zaległe wiadomości, jedzeniu i piciu. W Warszawie z dworca do domu, całe 8 km drogi jadę na stojąco ;)
Z licznika: 101.29 km | 6:19:29/ 7:21:20 | 982 m.

Podsumowując całość wyścigu, to trasę 512 km (4388 m przewyższenia) pokonałem w czasie 53 godzin i 41 minut. Wyniki wstępne głoszą iż zająłem 138 miejsce na 302 osoby, które dotarły na metę.

Rachunek strat

W kolejności od najbardziej dotkliwych:

  • Tyłek – miałem go nie oglądać, wystarczyło, co czułem. Ale zajrzałem i to było straszne. Na szczęście już po dwóch dniach mogłem siedzieć na twardych powierzchniach.
  • Ścięgno Achillesa – dopiero w domu, tak naprawdę zdałem sobie sprawę z jego stanu. A stan ten był niepokojąco bolesny, z dość widoczną opuchlizną sięgającą całej kostki. Ale po dwóch dniach przestałem kuleć i przeszło samo …
  • Rower – sekcje błotne zrujnowały napęd. Do wymiany łańcuch, pancerz i linka tylnej przerzutki, klocki hamulcowe.
  • Zgubiona kamizelka Castelli. Jak ją wsadzałem w rulon karimaty, to miałem takie prorocze przeczucie, że to nienajlepszy pomysł … No i się ziściło …
  • Rozerwany zamek w torbie Topeak Loader. Podobno dość popularna przypadłość, jednak czuję się winny braku delikatności.
  • Mrowienie w opuszkach palców lewej dłoni. Niby nie boli, a irytuje. Ciekawe ile będzie trwał ten stan?
  • straciłem 6 kg z mojej nadwagi – Ale pracuję nad jej odzyskaniem i dobrze mi idzie … :D

Rower i ekwipunek - co miałem, a z czego byłem zadowolony ;)

Pomorska 500, w podtytule ma przymiotnik „gravelowa”. I na gravelowym O1 Kode właśnie chciałem jechać. Niestety na 12 godzin przed odjazdem pociągu zmierzającego do Szczecina a potem Goleniowa, zepsuł się hamulec i w warunkach kontrolowanej paniki musiałem przesiąść się na O1 Prone 29er. Szersze opony zapewne pomogły mi w piasku, ale szutrowy bieżnik w błocie już niespecjalnie ;)

pom500 301

Całe „spanie”, czyli śpiwór, hamak, tarp i „pidżamę” zapakowałem do podsiodłówki AcePac, która ma wewnętrzny worek o statusie wodoodpornym. Jak już wspomniałem, na ostatni nocleg, śpiwór i hamak wyciągnąłem trochę wilgotne. Lecz czy to torba popuściła podczas burzy, czy całą wilgoć spakowałem rano z mokrym tarpem, nie jestem pewien. Będę obserwował ;)

pom500 303
W ramie torba Topeak Loader, spakowałem narzędzia, zapasową dętkę i power-bank 20,000 mAh, który dał mi spory zapas mocy, a który zakupiłem słuchając porad przedstartowych doświadczonych kolegów.

pom500 304

Na kierownicy, w uprzęży Packman od Triglava, w 13 l wodoodpornym worku Ortlieba miałem ubrania na zmianę, jedzenie i minimum higieniczne. Rama Prona ma mocowanie tylko pod jeden koszyk na bidon, więc pozostały zapas wody wiozłem w kieszonkach koszulki i 1,5 l butelce wciśniętej w rulon karimaty.

pom500 302

Podsumowanie

pom500 305

Pomorska 500 to był mój pierwszy start w imprezie typu ultra. Od początku nastawiałem się bardziej na przygodę niż wyścig. Do bikepackingu pełną gębą brakowało tylko zestawu do gotowania, a menu wzbogaciło się by o chińskie zupki na kolację i kawę plujkę na śniadanie. Może następnym razem ;) Tak jak podejrzewałem, wszystkie myśli z kilometra 440, które można streścić i ocenzurować do: "NIGDY WIĘCEJ ...", z każdym dniem po osiągnięciu mety się zacierają. Teraz w głowie lęgną się treści typu: "A może by tak w przyszłym roku ... może będą inne warunki, wtedy trasa będzie zupełnie inna ...". Słowem - z kim się widzimy na starcie Pomorska 500 2021 ;) ?

Tagi Pomorska 500, relacja z ultramaratonu