t29er logoKupujesz nowy rower. Wymarzony. Taki z topowym osprzętem, idealnie dopasowaną geometrią, lśniącą ramą i oponami pachnącymi nowością. Myślisz, że właśnie złapałeś Pana Boga za nogi. Niestety. Najprawdopodobniej Twój rower jest co najwyżej przeciętny. Dlaczego?

Mateusz Pogorzałek

Prawdopodobnie nigdy wcześniej w historii czas życia produktu nie był tak krótki. Podejrzewam też, że nigdy wcześniej trendy w projektowaniu szeroko rozumianych artykułów użytkowych nie zmieniały się tak szybko, a z drugiej strony dzieła konkurencyjnych projektantów przemysłowych nie były do siebie tak łudząco podobne. Weźmy pod uwagę takiego iPhone’a. Pierwsza generacja zadebiutowała na rynku w 2007 roku, tworząc niemałe zamieszanie w szeregach konkurencji, u której królowały tradycyjne przyciski, klapki i wysuwane klawiatury. Telefon niemal od razu stał się obiektem pożądania. Przez osiem kolejnych lat przodował w światowych statystykach sprzedaży urządzeń mobilnych. Co w tym czasie robiła konkurencja? A no upodabniała swoje telefony do kultowego produktu z nadgryzionym jabłuszkiem. Zarówno w kwestii sprzętowej, jak i wyglądu samego urządzenia. Doszło do tego, że dziś, na początku roku 2016, mamy rynek zalany bliźniaczo podobnymi, bądź niemal identycznymi (patrz Huawei Honor 6) urządzeniami. Podobnie sytuacja się ma z wieloma innymi sprzętami RTV czy samochodami. Przyznajcie się, ilu z Was potrafiłoby odróżnić, oczywiście po uprzednim usunięciu oznaczeń producenta, nowego Hyundaia od Kii czy odróżni od siebie poszczególne modele z nowej gamy Mercedesa?

merol

Idę o zakład, że po przeczytaniu ostatniego akapitu twarze księgowych i product managerów zapłonęły ogniem oburzenia i zaraz podniosą larum, że ale panie, ale piniondze! Że taniej jak jest jedna płyta podłogowa, że taniej jak nam światła auta klasy B pasują do topowej limuzyny. Że to przecież zysk i że zarobimy wincyj piniondzów! Tak, a przy okazji zgubimy też własną tożsamość i staniemy się tacy jak wszyscy. Przeciętni.

W branży rowerowej, i tak bardzo zunifikowanej i ujednoliconej licznymi standardami technicznymi, z niepokojem obserwuję podobny trend – upodobnienia designu ram różnych producentów. Dochodzi do sytuacji analogicznej do tej przedstawionej powyżej – napis Specialized na ramie Treka lub Gianta nie wzbudziłby większych podejrzeń, nawet u ludzi ze stwierdzoną zaawansowaną cyklozą. Tendencja do podobnego kształtowania i malowania ram przybrała na sile szczególnie przez ostatnie kilka lat. Można śmiało rzec, że okres życia rowerów na dużym kole to czas szczególnie intensywnego następowania po sobie kolejnych rynkowych trendów jeśli chodzi o stronę wizualną sprzętu. Przerabialiśmy przecież modę na białe ramy, były rowery w stylu stealth, przewijały się też czarne ramy z wielobarwnymi akcentami, w końcu doszliśmy do globalnego boomu na kolory fluo, który trwa po dziś dzień. I to wszystko w ciągu 5 czy 6 sezonów. Co będzie następne?

A jak wygląda to w praktyce? Nie chcąc być gołosłownym specjalnie dla Was zestawiłem kilka rowerów na dużym kole z zeszło- i tegorocznej kolekcji. Konia z rzędem temu, kto wskaże 10 różnic. Dobra, ułatwię wam zadanie. Niech będzie 5. Dalej nic? No sami widzicie!

12

34

Mało? To patrzcie dalej!

57

6

 

Gdyby mi się chciało i poszperałbym dłużej z pewnością znalazłbym jeszcze kilkadziesiąt podobnych projektów. Myślę jednak, że te kilka przykładów wystarczy, by uświadomić skalę problemu. Wszystko wskazuje na to, że chyba mamy kryzys na rynku farb. A przecież sama paleta RAL systematyzuje ponad 200 kolorów…

A czym oprócz zgapianej kolorystyki grzeszą jeszcze producenci? Długo by wymieniać. Przede wszystkim we współczesny design wkradł się zbędny przepych. W szczególności dotyczy to wielkości i ilości wszelkiej maści napisów. Jako urodzony esteta z gustem godnym pozazdroszczenia* rozumiem umieszczenie emblematu producenta na główce ramy, nazwę na dolnej rurce i model na górnej. Warunkowo zrozumiem subtelny napis na wewnętrznej stronie tylnego trójkąta. Uwierzcie mi, to wystarczy. Wciskanie na siłę napisu … (tutaj wstaw sobie nazwę dowolnego producenta) gdziekolwiek popadnie to przecież jawny gwałt na dobrym guście i ogólnie pojętej estetyce. Takiego właśnie gwałtu dopuścili się Kanadyjczycy z Norco, którzy jednym nadprogramowym bazgrołem zrujnowali dosyć ciekawy projekt. Bywa.

8

Skoro mowa o napisach to nie sposób pominąć projektu firmy Pronghorn. Duńscy projektanci poszli o krok dalej i zamiast oczywistych napisów, których moglibyśmy się spodziewać na ramie, postanowili umieścić na swoim produkcie… wymiary ramy! Przynajmniej oszczędzili potencjalnemu nabywcy trochę czasu, który musiałby poświęcić na znalezienie stosownego opisu geometrii w Internecie.

9

Oczywiście w parze z ilością powinna iść też jakość. Dlatego logo i wszelkie napisy muszą być estetyczne (w szczególności mam tutaj na myśli krój czcionki – tak drogi Romecie, to właśnie o ciebie chodzi) i przede wszystkim proporcjonalne w stosunku do gabarytów roweru. Niestety, patrząc na niektóre projekty odnoszę wrażenie że Mies van der Rohe (ten od słów less is more) właśnie przewraca się w grobie. Bo jak inaczej skomentować  nowego Mondrakera Podium? Czyżby Hiszpanie zakładali, że na ich rowerze będą jeździć tylko niedowidzący? Chociaż z drugiej strony na asfaltowych dojazdówkach można zabić czas wciągającą lekturą.

Czego jeszcze nie lubię? Braku skromności. Wiem, że w dobie ogromnej konkurencji na rynku rowerowym, żeby zaistnieć trzeba stworzyć innowacyjny i wyjątkowy produkt. Potem trzeba się jeszcze tym wszystkim pochwalić gdziekolwiek popadnie i sukces murowany. Tak to mniej więcej działa, przynajmniej w teorii. W praktyce jest gorzej. Bo niestety kochani producenci chwalą się swoimi rewolucyjnymi technologiami, jak wspomniałem, wszędzie. A wszędzie znaczy też na samym produkcie. Bardzo często widuje się śmieszne napisy typu tapered przy główce ramy, 29er na tylnym trójkącie, 142x12 przy ośce czy carbon na ramie, uwaga… tak karbonowej. Wiem, że pewnie dla was, drodzy projektanci, to powód do dumy, ale, na litość boską czy wy serio myślicie, że ludzie kupujący wasze produkty to debile, którzy nie wiedzą co kupili? Widzieliście kiedyś nowy samochód oklejony napisami w stylu ESP, ABS, 8x airbag, welurowe fotele  i wbudowana podgrzewana kuweta dla kota? Nie? Bo takich nie ma! Dlatego szanujcie odrobinę waszego klienta, szczególnie tego z wyższej półki. Bo o ile jestem w stanie zaakceptować takie oznaczenia w rowerach dla niedzielnego rowerzysty, dla którego wyznacznikiem jakości jest liczba przerzutek, to o mdłości przyprawia mnie taka błazenada uprawiana na produktach za grube tysiące, przeznaczonych dla świadomych pasjonatów. No proszę was…

10

11

Pisałem już o tym, że obecnie rynek jest niezwykle monotematyczny jeśli chodzi kolorystykę ram. Ale o ile dobór kolorów to jedna sprawa, tak ilość barw na produkcie i ich wzajemne proporcje to odrębny problem. Bo tak jak dobry kucharz potrafi przyrządzić wyśmienite danie, używając do tego trzech produktów, tak moim zdaniem, dobry design również powinien ograniczać się do co najwyżej trzech kolorów. Dodajmy, trzech dobrze dobranych kolorów. Najlepiej jednak jakby to były tylko dwa kolory. W zasadzie to moim estetycznym ideałem jest jednokolorowa rama z proporcjonalnie wkomponowanym napisem, najlepiej czarnym lub białym w zależności od głównego koloru. I tego się trzymajmy. Pamiętajmy, less is more! Więc mój drogi projektancie, jeśli już musisz użyć więcej niż jednego koloru, zrób to z głową. Wszelkie przejścia gradientowe, fikuśne formy i dziwaczne wzorki są śmieszne i tandetne - nadają się jedynie na rowerek dla dzieci. Przykład? Kelly’s. Wieś śpiewa i tańczy.

13

Warunkowo taką wpadkę można wybaczyć rowerowi za niecałe dwa i pół tysiąca, jednak marketowy design na poziomie rowerów kosztujących tyle, co dwanaście średnich krajowych jest już niewybaczalny.

14

W tym momencie pewnie uznacie, że się mądrzę, bo przecież na rynku jest wiele ładnych rowerów i na pewno każdy znajdzie coś dla siebie, bo każdy ma przecież inny gust, bla bla bla…
Ustalmy – rowerów, na których można zawiesić oko przez krótką chwilę jest całkiem sporo. Tak samo jak całkiem sporo jest rowerów brzydkich, nieudanych i schrzanionych. Problem jednak tkwi w tym, że projektów, nazwijmy je estetycznych, jest już zdecydowanie mniej i zazwyczaj są horrendalnie drogie. Dlatego chodzi o przywrócenie zachwianej równowagi. Wiem, że stanu, w którym będziemy mogli wybierać pomiędzy samymi dobrze zaprojektowanymi rowerami nigdy nie osiągniemy, to jednak marzy mi się moment, w którym, dysponując trochę niższym budżetem, nie będę musiał przymykać oka na pewne niedoskonałości wyglądu.

Kończąc moją litanię narzekań, odniosę się jeszcze do tych, którzy z zacisza klawiatury zechcą zakrzyczeć, że panie, ale wygląd nie jeździ. Tak, macie rację, ale wyobraźcie sobie taką sytuację. Właśnie zrobiliście kilkadziesiąt kilometrów po górskich szlakach w piękny majowy weekend.  Za wami kilka wymagających podjazdów i pełnych adrenaliny zjazdów. Siedzicie teraz przed schroniskiem, popijając ulubione zimne piwko. Słońce delikatnie ogrzewa wasze zmęczone ciało. W błogiej ciszy delektujecie się złotym trunkiem i górskim krajobrazem przepełnionym soczystą, zieloną roślinnością. Sielanka. Teraz spoglądacie na maszynę, która pomogła Wam się to dostać i widzicie to:

15

Bum. Czar pryska. Ale historia mogłaby zakończyć się zupełnie inaczej, gdyby ostatni obrazek zastąpić tym:

16

Albo tym:

17

Prawda, że lepiej?

Dlatego, parafrazując znanego dziennikarza i smakosza, Pana Roberta Makłowicza napiszę: żądajmy dobrego designu! W każdej cenie.

 *tutaj autora trochę poniosło.